
Atmosfera w naszym pokoju siadła dziś totalnie... Jojo parę godzin temu wyjechał, nie ma kto raczyć nas durnymi a zarazem niebanalnymi tekstami, smerfnymi historiami i niecenzuralnymi kawałami. Cholera, nie do wiary, ale uczymy się... I to tak na serio:) Ostatni dzień sesji przed nami... Sesji, która przebiegła w miarę gładko i bezproblemowo pomimo paru potknięć każdego z nas. A niektórzy potknięć się nie spodziewali... No bo fakt, wykładowcom czasem odpi***ala i nie ważne jak wiele umiesz to i tak z pierwszym terminem możesz się pożegnać bo ilość dwój w indeksie musi się zgadzać a i poważanie wśród studentów mieć trzeba, niech się boją, niech zgrzytają zębami, legendą uczelni trzeba być i basta! Chyba co poniektórych w dzieciństwie pogrzebaczem bili i muszą teraz odreagować. Kuba ma jeszcze jeden egzamin z filozofii- a któż to wymyślił... manager-filozof. Ja muszę wreszcie zaliczyć ćwiczenia z mikroekonomii u "Pięknego Grzegorza", który lubi różowe koszule a głos ma jakby usiadł sobie na... No właśnie... a uwalił nas ponad 60 z około setki na roku... kompleksy? Nie wnikajmy... Wogóle ten koleś nie pasuje mi do mojej teorii (ta, ja się z Kuby śmieję, że się uczy filozofii a sam filozofuję)"o poziomie zdziwaczenia wykładowców w zależności od tytułu naukowego" która głosi, że im wyższy tytuł takiego delikwenta tym bardziej ma nasrane do gara... A Grzegorz jest magistrem!!! Strach pomyśleć co to będzie jak pewnego dnia zostanie profesorem...