
Wczoraj tradycyjnie poszliśmy spać około 2 wieczorem bo dla nas druga to jeszcze nie w nocy... Wszystko pięknie tylko pobudkę zorganizowałem sobie na godzinę 6.30 (armagedon!!!) a to z tak błahego powodu jakim jest egzamin zerowy z prawa... I odziwo wstałem!!! I nawet drzemki w moim budziku z funkcją telefonu nie włączyłem... Cud po prostu... Zwlokłem się po ciemku z mojego piętrowego łóżka (dzięki Bogu śpię na dole) i jak najciszej wbiłem się w garniak, żeby nikogo nie obudzić... (nieświadom kamiennego snu moich współlokatorów) koło 9 wróciłem, potykając się o butelki postawione koło kosza (właśnie, który śmieci wyniesie?!) robiąc przy tym tyle hałasu, że obudziłem chyba sąsiadów w promieniu 3 pokoi ale nie panów śpiących w samym epicentrum... nie ich! Zjadłem więc śniadanko, nie zważając już na zachowanie ciszy i zacząłem uczyć się do kolejnego zaliczenia, które miało być o 12... Powtarzałem sobie na głos słówka z ruskiego a Oni nawet nie przekręcili się na drugi bok...Po raz kolejny na uczelnię wyszedłem koło 11.30. Co w tym czasie robili Kuba z Jojem? Tak! Spali!!! O 14 wracałem do Fafolca poirytowany, pomyślałem: tak, ja już prawie 8 godzin na nogach a Oni pewnie dopiero oczy otworzyli... albo i nie... Drżącą ręką nacisnąłem klamkę spodziewając się cichych pochrapywań, otworzyłem drzwi, i co? Siedzą zadowoleni przy kompach... "Oooo Kamil!!! gdzie Ty byłeś jak Cię nie było???" Myślałem, że pozabijam!!!






